środa, 10 marca 2010 r.
DVD
NIE TYLKO FILMY: Röyksopp

28.02.2010 16:36   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: ZOBACZ, KOMENTARZ



Röyksopp – norweski duet grający muzykę elektroniczną. W skład zespołu wchodzą Torbjørn Brundtland i Svein Berge. Nazwa zespołu jest stylizowaną wersją norweskiego słowa "røyksopp", które dosłownie można przetłumaczyć jako grzyb dymny i po norwesku oznacza purchawkę.

"What Else Is There?" by Röyksopp


For more information, free remixes and more go to royksopp.com


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Muzyczna zagadka #55

25.02.2010 23:56   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: Gate, Julie, ZOBACZ, KOMENTARZ, Kliknij


Z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór? Kto jest jego autorem? Co o nim sądzicie? :) Kto pierwszy, ten lepszy:

Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Gary Jules - Mad World. Utwór pochodzi z filmu "Donnie Darko" w reżyserii Richarda Kelly. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział szymalan
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Hurt Locker. W pułapce wojny (2008 - dvd)

23.02.2010 17:04   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: ZOBACZ, KOMENTARZ,      Do, Kilar, David


     Po film „W pułapce wojny” w reż. Kataryn Bigelow sięgnąłem ze względu na mnogość przeróżnych, często skrajnych opinii, jakich naczytałem się na forach filmowych. Poza tym, dawno już nie widziałem filmu stricte o zmaganiach wojennych, zwłaszcza tych współczesnych, więc była to dobra okazja, aby nadrobić zaległości.



     „W pułapce wojny” opowiada o elitarnej jednostce saperów wykonujących misje w Iraku. Przez niespełna dwie godziny jesteśmy świadkami żmudnej i niebezpiecznej pracy trzy osobowego oddziału, który dzień w dzień wyrusza z zadaniem rozbrojenia, zdetonowania lub zbadania miejsca wybuchu/zamachu. Nie ma żadnej intrygi skupiającej się na np. konkretnym zamachowcu czy śledztwie, nie ma zatem typowego formatu filmu wojennego czyli misji, podczas której ktoś bohatersko zginie, ktoś inny wygłosi patetyczne przemówienie, a wszystko to zwieńczy widowiskowe kaboom. Przyznam, że taki zabieg dał całkiem ciekawe efekty – trudno przewidzieć, co za chwilę się wydarzy to raz, a dwa, maksymalnie skupiamy się na tym, co w danej chwili dzieję się na ekranie. A niewiele się dzieje, jeśli patrzeć przez pryzmat akcji i efektów specjalnych. „W pułapce wojny” do złudzenia przypomina film dokumentalny – przegadany, z surowymi zdjęciami z ręki, chaotycznym ‘przypadkowym’ montażem, ze śladową ilością efektów specjalnych i muzyką ograniczoną do niezbędnego minimum. Jeżeli ktoś spodziewa się po filmie Biegelow drugiego „Helikoptera w ogniu” to może sobie od razu darować. Co zatem dzieje się na ekranie?
     Z reguły w filmach wojennych żołnierze definiowani są przez wyjątkowość, bohaterstwo, poświęcenie, honor, głęboki patriotyzm i wszystko inne, co podniosłe i „chwytające za serce”. Na szczęście Bigelow na każdym kroku unika tego typu schematów. Jej film to obraz zwyczajnych ludzi, którzy dobrowolnie zdecydowali się na zawód pt. zawodowy żołnierz, a nie rycerz w lśniącej zbroi. Bo co to znaczy być zawodowym żołnierzem? To monotonia w postaci codziennej, ciągłej: adrenaliny, strachu, presji, spięcia, odpowiedzialności za innych, skupienia, podejmowania szybkich decyzji w krytycznych momentach, planowania, walki samym z sobą i w końcu patrzenia śmierci w oczy. Przez cały film to się właśnie dzieje – przygniatająca, żołnierska rutyna. Muszę przyznać, że Bigelow udało się ją uchwycić, choć nie bez pewnych zgrzytów, czego przykładem może być nocna eskapada za zamachowcem, lub postać sympatycznego doktorka. Rozumiem, że potrzebny był kontrast „walki w teorii” z „walką w praktyce”, ale litości, mało nie oplułem telewizora jak zobaczyłem, co ten człowiek wyprawia. Może o to właśnie chodziło Bigelow, aby jeszcze bardziej uwydatnić oblicze czynnego udziału w konflikcie, jednak zupełnie mnie to nie przekonało. Nawet ćwierćinteligent wie, że przysłowiowego palca do ognia nienależny wkładać. Natomiast inną sprawą jest cała otoczka, w jakiej muszą pracować żołnierze. Irak to taki cichy bohater w tej całej rutynie. Słońce, upał, piasek, wiatr. Słońce, upał, zasyfione miasta, wiatr. I tak w kółko. Za mianownik robią mieszkańcy – kobiety, dzieci, mężczyźni, wszyscy w chustach na twarzach, z trudną do ogarnięcia mentalnością. Po dwóch godzinach „siedzenia w tym świecie” końcówka filmu w markecie jest wręcz kosmiczna.. Duży plus.
     „W pułapce wojny” to w końcu film o konsekwencjach, jakie niesie ze sobą wojna, jednak w tej kwestii Bigelow nie odkrywa niczego nowego. Mamy, bowiem do czynienia z przewartościowaniem, tęsknotą za normalnym życiem, oraz niemożliwością odnalezienia się w skórze normalnego obywatela. To już było, i to nie raz, ale muszę przyznać, że Bigelow w końcówce filmu kapitalnie spuentowała wszystkie poruszone wątki. Za to nie plus, a punkt więcej w ostatecznej ocenie.
Na ekranie poza błyszczącym Jeremym Renner w roli sierżanta sztabowego Williama Jamesa, zobaczymy kilka bardziej znanych nazwisko jak np. Ralph Fiennes, David Morse, Guy Pearce, Evangeline Lilly. Wzorem „Cienkiej czerwonej lini” są to postacie drugoplanowe, które pojawiają się na ekranie w jednej scenie tylko po to, aby na okładce dvd/plakacie można było wypisać znane nazwiska.. :)
     Niestety, „W pułapce wojny” ma swoje momenty, w których pytałem się sam siebie, „co on robi?”, „po co on to robi?”, „jaki w tym sens?”. Oczywiście nigdy nie byłem w wojsku, mój wojenny skill ogranicza się do siekania po nocach w multi Call of Duty (za co na filmwebie zostałbym pewnie zlinczowany :)), ale tak na zdrowy rozum: czy wyciąganie z ziemi 6-7 ciężkich bomb ciągnąc je za kabelki nie wydaje się być co najmniej dziwne? Mógłbym jeszcze wypunktować otwierającą film scenę, która była strasznie naciągana, czy np. pojedynek snajperów, w którym widać, że starano się uchwycić realizm, ale i tak wyszło z tego lekkie „śmiechu warte”. Ogólnie wpadki nie mają jakiegoś większego znaczenia (choć można było spokojnie ich uniknąć), poza tym warto zaznaczyć, że jest też kilka momentów zapierających dech w piersiach (np. rozbrajanie ostatniej bomby).



     „W pułapce wojny” to film dobry i warto go zobaczyć. Może nie powala, może nie jest jakoś specjalnie odkrywczy, ma kilka niedociągnięć, ale w dość ciekawy sposób pokazuje, na czym polega praca żołnierza biorącego udział w czynnym konflikcie. W naszym kraju premiera dvd miała miejsce razem z premierą telewizyjną, więc jeżeli komuś szkoda kasy to warto przyczaić się na powtórki w Canal+. Polecam, jeden z ciekawszych filmów wojennych.

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
- Z planu
15 minutowy film dokumentalny. Wywiad z reżyserką oraz scenarzystą, który przyznał, że spędził z żołnierzami kilka tygodni, aby lepiej poznać ich pracę. Poza tym kilka słów od operatora kamery i aktorów. Ci drugoplanowi mają oczywiście więcej do powiedzenia niż ci główni (Guy Pearce swoją skromnością przeszedł sam siebie). Sporo materiału z planu filmu.|
- Wywiady z aktorami
Dodatek trochę na siłę. Są to wypowiedzi aktorów wycięte z dodatku powyżej…
- zwiastuny filmów

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

SHORT FILMS: The Black Hole

19.02.2010 21:37   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: ZOBACZ, KOMENTARZ


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Miasto ślepców (2008 - dvd)

16.02.2010 1:20   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: Film, ZOBACZ, KOMENTARZ, Kilar, Niestety, Miasto, Jens


     Film będący ekranizacją powieści o tym samym tytule, autorstwa José Saramago.
     Ludzie nagle zaczynają tracić wzrok. Zjawisko przybiera rozmiary epidemii. Nie wiadomo jednak, co wywołuję ślepotę. Próbując opanować sytuację, władze ogłaszają kwarantannę, a ociemniałych zamykają w strzeżonym przez wojsko obozie. Wraz z gwałtownie rosnącą liczbą pacjentów dramatycznie pogarsza się ich sytuacja. Stopniowo wyczerpują się zapasy jedzenia, zaczyna się walka o władzę. Do takiego obozu trafia także kobieta (Julianne Moore), która pozorując utratę wzroku, postanawia towarzyszyć swojemu mężowi.



     Upadek cywilizacji. Modny ostatnio temat, obrazujący to, kim, bądź, czym w głębi duszy jesteśmy i jakie tego mogą być konsekwencję. „Miasto Ślepców” jest kolejnym tego typu filmem i w pierwszej chwili zapowiada kawał dobrego kina „na poważnie” pozorując tym samym jedną z tych nielicznych perełek, o których można powiedzieć „wartościowa rozrywka”. Tym większe jest rozczarowanie, gdy okazuje się, że film Fernanda Meirelles sprowadza się tylko i wyłączenia do sugestywnych scen obrazujących upadek moralności, czyli rzeczonej cywilizacji. Brodzenie w fekaliach, gwałty, morderstwa, do tego obowiązkowo postacie z charakterami pt. chciwość, bezwzględność, itp. daje pełen wachlarz wszystkiego, co ohydne i najgorsze. Przez bite 2 godziny obserwujemy obraz nędzy i rozpaczy, obraz pusty, pozbawiony jakiejkolwiek głębszej treści. Jest to o tyle dziwne, że w filmie nie ma żadnych innych wątków, które mogłyby, choć trochę uzupełnić obleśne sceny. Nie dowiemy się, jakie są przyczyny ślepoty, nie dowiemy się nawet jak poszczególni bohaterowie mają na imię. Cały film skupia się tylko i wyłącznie na dosłownym zobrazowaniu ludzkiego zezwierzęcenia, prymitywnych wartości, jakimi człowiek może kierować się, gdy ktoś zabierze mu jeden element z życia codziennego – w tym przypadku wzrok. Cały ten bajzel obserwujemy z perspektywy kobiety, która jako jedyna nie straciła wzroku. Niestety Meirelles zupełnie nie korzysta z tej arcy ciekawej postaci, która mogłaby nadać „wyraz” całej produkcji. Jej postępowanie jest durne, nielogiczne, zwyczajnie irytujące. Szkoda, bo cały kontrast dramatu niewidomych z dramatem człowieka, który jest skazany na oglądanie końca świata, jest jednym wielkim niewypałem prowokującym do zadawania sobie pytania, do czego ten film zmierza. I tu kolejny ‘gol’, bo niestety do cholernie banalnego finału opierającego się na pseudo refleksyjnej sentencji pt. obejrzałeś właśnie wstrząsający film będący obrazem drzemiących w człowieku prymitywnych instynktów… bla bla bla. Zamiast dobrego filmu o przewartościowaniu człowieka, otrzymaliśmy mordy, gwałty, czyli same banały składające się na płytką treść całej produkcji.



     Cóż, ekranizacje mają to do siebie, że zazwyczaj z oryginałem literackim niewiele mają wspólnego. Na palcach jednej ręki można wyliczyć filmy, które jakimś cudem przeżyły konfrontacje z fanami oryginału (np. „Władca Pierścieni”) i jednocześnie zachęciły „nieoczytanych” do sięgnięcia po daną powieść (np. „Lot nad kukułczym gniazdem”). „Miasto Ślepców” jako ekranizacja jednej z głośniejszych powieści ma jedną niezaprzeczalną zaletę – na pewno zachęca do przeczytania oryginału. Bo film, nie oszukujmy się, jest kiepski, ma jednak swoje momenty, które podpowiadają, że książka jest czymś więcej aniżeli wizualizacją brudu i smrodu. Krótko mówiąc, film można sobie darować, ale książkę myślę, że warto przeczytać. I trzeba przyznać, że to dość ciekawe wnioski jak na film, który widziałem i książkę, której kompletnie nie znam… :)

::::::::::::::::: 4/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 19,99
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor DD 5.1 + zwalone napisy PL
Film nabyłem w tzw. EKO-PACKU czyli w kartonowym opakowaniu sprawiającym wrażenie tandety :). W środku znajduje się mała książeczka zawierająca przesłodzone informacje o filmie i jego produkcji oraz płytka z filmem. Ten dostępny jest z całkiem niezłym lektorem, a także z napisami, które gdzieś tak 20-30minut przed końcem zwyczajnie urywają się… Brawo. Na płycie nie ma żadnych dodatków, jest natomiast plik z filmem skonwertowanym specjalnie pod iPhony i iPody. W gruncie rzeczy fajny dodatek, niestety tylko dla wybranych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

ZNALEZIONE W SIECI: The Third & The Seventh

02.02.2010 23:01   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: ZOBACZ, KOMENTARZ



Dlaczego ten kilkuminutowy filmik jest wyjątkowy?
Bo. Jest. W pełni. Animowany. Mistrzostwo.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Sherlock Holmes (2009 - kino)

25.01.2010 1:11   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: Jude, Pana, Matt, Todd, ZOBACZ, KOMENTARZ,      Do, Akcja, Stare, Lorny


     Ciekawy pomysł na przygody o najsłynniejszym detektywie świata, solidna obsada, obiecujący reżyser oraz efektowne zwiastuny – to musiało wypalić hitem. Po premierze Sherlocka Holmesa posypało się mnóstwo pozytywnych recenzji, po których byłem przekonany, że będzie to film, do którego będę wracać niejednokrotnie. Jak się jednak okazało, jedna wizyta w kinie w zupełności wystarczy…



     Obecnie większość ambitniejszych pomysłów przegrywa z 12-letnim targetem narzucanym przez wytwórnie filmowe. Na szczęście Sherlock Holmes by Guy Ritchie nie dał się temu irytującemu już trendowi. Twórcy zadbali bowiem o to, aby złotousty Sherlock na każdym kroku wykorzystywał swoją wrodzoną znajomość psychologii, chemii, geologii, balistyki i matematyki. Okazji ku temu daje całkiem sprytnie przemyślana (czytaj: zakręcona) fabuła, której, co dość istotne, finał nie jest znów taki oczywisty (co ciekawe, mordercę poznajemy na samym początku filmu..). Chwała za to scenarzystom (choć ich nazwiska nie napawały optymistycznie), bo oglądanie Sherlocka nie sprowadza się do oczekiwania na przekombinowane rozwiązania głupawych zagadek (niestety nie zrobiły na mnie większego wrażenia). Sam Sherlock, którego autoironia, sarkazm, a także fajka nie opuszczają nawet na chwilę, oraz jego wspólnik, doktor Watson z kapelusikiem na głowie tworzą całkiem zgrabny, momentami nawet wesoły duet, choć w pewnym momencie miałem wrażenie, że w przeszłości ów panowie dzielili nie tylko wspólne mieszkanie.. Tak czy inaczej duet udany i to w dużej mierze dzięki aktorom. Co ciekawe, Jude Law jako doktor Watson moim zdaniem sprawdza się znacznie lepiej od Roberta Downey Jr., który w roli Sherlocka wypada nieźle, ale niestety trudno wyzbyć się wrażenia, że to Tony Stark (z Iron Mana) tylko bez swojego głupawego uśmieszku. Na uwagę jak zwykle zasługuje doskonały Mark Strong (w roli Lorda Blackwood).
     Zdjęcia zatłoczonego XIX wiecznego Londynu zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, chociaż trochę szkoda, że Sherlock ma tak mroczną aurę. Większość filmu rozgrywa się głównie wieczorem lub nocą, a ja oczywiście spodziewałem się filmu ciut pogodniejszego (kwestia gustu). Efekty specjalne cieszą oko, a akcji towarzyszy muzyka Hansa Zimmera, która jest dokładnie w takim samym stylu jak ta z „Aniołów i demonów”. Szybka, rycząca, patetyczna, czyli kolejna już aranżacja utwierdzająca mnie w przekonaniu, że Zimmer przechodzi syndrom „wszystko na jedno kopyto”. Oczywiście da się tego słuchać, główny motyw jest łatwo przyswajalny, ale ogólnie szkoda, że soundtrack nie reprezentuje niczego nowego.
     To jednak zaledwie mikro ułamek moich zastrzeżeń. Akcja filmu rozkręca się wyjątkowo długo i nie osiąga zbyt wysokich obrotów, a akcji w dosłownym tego słowa znaczeniu jest raczej niewiele (a jak jest, to lekko naciągana, np. wodowanie łodzi). Nie pomaga tutaj ani rycząca muzyka Zimmera, ani liczne mini retrospekcje, zwolnienia czy migawki obrazujące myślotok detektywa (nawiasem mówiąc nie wiem, po co do filmu wrzucono scenę bijatyki „na gołe klaty”…). Główni bohaterowie mają mnóstwo przegadanych scen, ale tych zabawniejszych momentów jest jak na lekarstwo. Jakieś 80% gagów można zobaczyć w niezdrowo napompowanym akcją i humorem zwiastunie, a i tak trzeba wziąć poprawkę na to, że większość z tych gagów jest wyjęta z kontekstu i w pełnym filmie nie są już tak zabawne. Cała przemyślana intryga jakoś mnie nie wciągnęła i ani Holmesowi, ani Watsonowi w ich przygodzie/śledztwie specjalnie nie kibicowałem. Brakowało mi napięcia, brakowało mi ciętego humoru, brakowało mi zaskakującego zakończenia, brakowało mi czegokolwiek, co chociaż trochę wbiłoby mnie w fotel. Niestety, podczas 2 godzinnego seansu zaliczyłem dwukrotny ziew (jeden zakończony łzami w oczach :) ) i jedno wymowne spojrzenie na zegarek..



     Cóż, albo spodziewałem się czegoś innego, albo czegoś więcej. Czy warto wybrać się do kina? Na pewno nie zaszkodzi :). Mnie Sherlock nie powalił, nie wciągnął i raczej nie wybiorę się na kontynuację (która na pewno powstanie). Guy Ritchie trochę mnie rozczarował, ale wybaczam mu (hehe) bo to chyba jego pierwsza taka typowo komercyjna produkcja. Niech mu się w tej materii wiedzie jak najlepiej, ja jednak zdecydowanie wole go w przerysowanym kinie gangsterskim („Porachunki”, „Przekręt”, „Rock’N’rola”) i mam nadzieję, że w niedługim czasie właśnie takiego filmu od Pana Ritchiego się doczekam.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Muzyczna zagadka #54

23.01.2010 15:17   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: ZOBACZ, KOMENTARZ, Kliknij, With


Z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór? Kto jest jego autorem? Co o nim sądzicie? :) Kto pierwszy, ten lepszy:

Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Clint Mansell - Together We Will Live Forever. Utwór pochodzi z filmu "Źródło" w reżyserii Darrena Aronofsky'ego. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział milczacy_krytyk
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Lot nad kukułczym gniazdem (1975)

19.01.2010 23:40   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: Jednak, Jeden, Jake, ZOBACZ, KOMENTARZ, Akcja, Harry


     Jeden z zaledwie kilku filmów tamtych lat, który widziałem już kilkukrotnie (mówiąc "tamtych" mam na myśli lata, w których nie było mnie nawet w planach). "Lot nad kukułczym gniazdem" arcydziełem nie jest, choć ma ku temu całkiem spore predyspozycje - ponadczasowy, wielowarstwowy, genialnie zagrany, cieszący się ogromnym uznaniem widzów i krytyków (5 Oscarów w najważniejszych kategoriach!).
     Akcja filmu ma miejsce w zakładzie psychiatrycznym, do którego trafia McMurphy (Jack Nicholson). Złodziejaszek, szuler, kobieciarz, przede wszystkim cwaniak. Za seks z nieletnią sąd najchętniej wysłałby go do kamieniołomów, ale McMurphy roluje wszystkich udając wariata, dzięki czemu miast do więzienia trafia na „oddział zamknięty”. Spodziewając się pozytywnie zakręconych „świrów” wkracza w świat zimnej sucz, jaką jest siostra Ratched. Harda baba z zasadami, królowa lodu, której sadystyczne metody terapeutyczne kłócą się z „rockandrollowym” charakterkiem McMurphy’ego. Buntowi wisi w powietrzu.
     Wachlarz występujących charakterów oraz kilka zaskakujących zwrotów akcji daje mnóstwo możliwości interpretacji. „Lot…” jest bowiem obrazem ludzi ubezwłasnowolnionych, stłamszonych przez tyranię, w tym przypadku szpitalny personel, której nie są w stanie się przeciwstawić. Z drugiej strony jest to obraz ludzi samotnych –w końcu wielu z pacjentów przebywa w zakładzie dobrowolnie. Są chorzy, wyalienowani i przesiąknięci strachem przed światem zewnętrznym, którego w ogóle nie chcą znać. Z tego właśnie świata przybywa diabeł tasmański, czyli pełen energii McMurphy. Gość, który nie może zrozumieć braku chęci do życia ze strony „świrów”, a także podręcznikowo farmaceutycznego podejścia personelu szpitalnego. Z ideą „trzeba próbować żyć” rozpoczyna wojnę.. jednostki z systemem, wolności z tyranią, rozsądkowi z nauką, normalności z obłąkaniem, ‘carpe diem’ z rutyną, dobra ze złem. Do wyboru do, koloru.
     Inteligentny, maksymalnie przegadany scenariusz to jedno, rozgadany Nicolson to drugie. Nie ma się co czarować, ten film nie byłby tym czym jest, gdyby nie demoniczny Nicolson. To w dużej mierze dzięki niemu „Lot…” trzyma za gardło przez bite 2 godziny. Oscar za tą rolę w pełni zasłużony, choć, co może zabrzmieć nieco głupio, prestiż tej nagrody, w mojej ocenie, blednie w obliczu Nicolsona. Rola absolutnie genialna, kładzie na łopatki większość gwiazd obecnego kina. Swoją drogą aż trudno uwierzyć, że reżyser, Milos Forman, tak bardzo chciał obsadzić w roli McMurphego Burta Reynoldsa.. Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić (swoją drogą Tilda Swinton jako siostra Ratched? hm?). Co ciekawe, do niewielkiego grona widzów mało zachwyconych należał autor literackiego oryginału (na podstawie którego powstał film), Ken Kesey. Był tak bardzo niezadowolony z obsady i ze sposobu narracji, że nawet wytoczył proces producentom filmowym. Jaki był finał procesu nie wiem, ale warto wiedzieć, że Kesey pisząc "Lot..." opierał się na własnych doświadczeniach - pracował w szpitalu dla weteranów wojennych, zażywał LSD, a nawet dobrowolnie poddał się... elektrowstrząsom. Wszystko po to, aby wiedzieć jak to jest, zostać „wariatem” i realistycznie opisać myślotok Wodza, czyli jednego z pacjentów zakładu dla psychicznie chorych, będącego jednocześnie narratorem powieści. Cała historia została opowiedziana właśnie z jego perspektywy, natomiast w filmie, chociaż sam Wodzu oczywiście jest, zupełnie ten aspekt pominięto. Jednak moim zdaniem, wielu pisarzy może tylko pozazdrościć tak dobrej adaptacji – Forman, pomimo tradycyjnej (filmowej) narracji zachował wszystkie najważniejsze atuty powieści dzięki czemu zarówno film i raczej krótka książka to pozycje kultowe i wręcz obowiązkowe. Polecam.



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Siódma Pieczęć (1957)

14.01.2010 2:50   0 wyświetleń   0 komentarzy
Tagi: Film, ZOBACZ, KOMENTARZ,      Do, Book

     Słowem wstępu…
     Cykl "z historią kina za pan brat" planowałem już od dawna, ale dopiero teraz zebrałem się w sobie i ów plan wprowadziłem w życie. Przyznam, że nie za bardzo wiedziałem, od czego powinienem zacząć, więc zrobiłem 'wywiad środowiskowy' wśród starszyzny, popytałem o to "co warto zobaczyć?" i na liście "must see" mam już kilkadziesiąt obiecujących tytułów. Do tej pory obejrzałem zaledwie 4 filmy, ale już po pierwszym wiedziałem, że zbyt długo zwlekałem, a raczej ignorowałem historię kina. Muszę jednak podkreślić, że pomimo pierwszego, pozytywnego zderzenia z klasyką (chce więcej), obawy w rodzaju "czy filmy uchodzące za kultowe, a nawet arcydzieła trafią również do mnie?" dalej są bardzo silne. Tak więc sam jestem niezmiernie ciekawy co z tego będzie i mam szczerą nadzieję, że cykl "z historią kina za pan brat" nie zniknie szybciej, niż się pojawił... :).


     Do Ingmara Bergmana i "Siódmej Pieczęci" podchodziłem z duszą na ramieniu. Obawiałem się ciężkiej psychologizacji, metaforycznych łamigłówek egzystencjalnych i masy filozoficznych odniesień do literatury, mitologii, sztuki i sam nie wiem, czego jeszcze. Film okazał się prawie dokładnie tym, czego się obawiałem. Prawie, bo geniusz tego filmu objawia się m.in. w jego prostocie i skomplikowaniu. Z jednej strony jest to obraz pełen symboliki, biblijnych odniesień szczegółowo zgłębiających sens życia i wiary, a z drugiej strony stawia proste pytania poddające pod wątpliwość istnienie Boga (co ponoć w twórczości Bergmana przewija się niejednokrotnie). Poruszane tematy może nie robią teraz takiego wrażenia, ale nie sądzę, aby w dzisiejszych czasach ktokolwiek z branży filmowej z taką szczerą bezpośredniością prawił o Bogu, „upadku” wiary i to w kontekście biblii, a także średniowiecza ukazującego obłęd tego, na czym ów wiara została zbudowana. Poza tym nie ma się co oszukiwać, to tylko wierzchołek ‘góry lodowej’, jaką jest „Siódma Pieczęć” a różnorodność interpretacji, z jakimi spotkałem się o tym filmie jest porażająca, a niekiedy wręcz niewiarygodna (ale bynajmniej nie głupia).
     Na ogólny zachwyt składa się również szereg innych aspektów. Oryginalna fabuła - rycerz Antonius Block wraca z 10 letniej krucjaty i spotyka na swojej drodze śmierć. Nim kostucha zakończy życie rycerza ten wyzywa ją na pojedynek szachowy, którego stawką jest oczywiście jego życie. Śmierć przyjmuje wyzwanie. W trakcie pojedynku rycerz próbuje uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania, które, jak ma nadzieje, przywrócą mu utraconą wiarę w Boga. Scenariusz - doskonały, serwujący na przemian humor, groteskę z mocnym dramatem. Tak, ten film momentami (i to kilkoma) jest naprawdę zabawny, przy czym dalej pozostaje filmem poważnym. Świetne dialogi, zwłaszcza w wykonaniu giermka Jönsa (Gunnar Björnstrand) i rycerza Antoniusa Blocka (Max von Sydow). No i masa ujęć, momentów, scen, które zwyczajnie trzeba zobaczyć (spowiedź Antoniusa, wejście męczenników, zabawna rozmowa Jonasa z kowalem czy też kowala z aktorem, ścinanie drzewa przez Śmierć, i jeszcze kilka innych). Polecam, bo film nie pozostawia widza obojętnym i zmusza go do przemyśleń/refleksji.



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Czytaj więcej »

Starsze wiadomości »
reklama
Reklamy sponsorowane

    Copyright © 2008 - 2010 Filmy 2009 - filmy 2009 roku, zapowiedzi, premiery, download  - wszelkie prawa zastrzeżone